środa, 31 października 2012

Buszujący w śniegu.





Śnieg spadł w tym roku wcześnie i niespodziewanie, z dnia na dzień zapachniało zimą. Liście jeszcze nie zdążyły opaść z drzew, a gałęzie okryły już zaspy czyhające na nieświadomych przechodniów. Najczęściej zawadiaków zaklinających zimę zawziętym sprzeciwem, rozchełstanych, bez czapek. Tych powściągliwych też nie oszczędziła specjalnie, liberté, égalité, fraternité. Już pierwszego dnia widziałem poślizgi na trotuarze i siatki z jedzeniem latające nad głowami. Zduszone okrzyki protestu czystą polszczyzną, polskie bogactwo leksykalne. Kość ogonowa, anatomiczny atawizm w organizmie ludzkim przypomina o sobie za każdym razem, kiedy zuchwale nie słuchamy swoich instynktów. Tak, podbiegnę do tego tramwaju! Tak, mam podzielną uwagę! Tak, potrafię chodzić po lodzie! Tak, i tak dalej. Wśród lamentów i pogruchotanych kości śnieg prószył dalej.

sobota, 29 września 2012

Autorski galimatias.





Z jaką pieczołowitością zadbałem wczoraj o swój księgozbiór!

Po przebudzeniu opanował mnie niepokój. Może to halny rozpanoszył się po krakowskich osiedlach i popychając co bardziej umęczone dusze do samobójstwa mnie w stronę morderczej misji skierował? Może odpływ spiętrzonej adrenaliny zaczął dawać się we znaki i pobudził do znalezienia sobie zajęcia na kolejne tygodnie? Stanąłem przed domową biblioteką, przejechałem palcem po półkach i zebrałem grubą warstwę kurzu – to sygnał, że najwyższa pora na gruntowne porządki. Na regałach od dłuższego czasu panował mocny rozgardiasz. Przemieszanie z poplątaniem. Nie jestem wielkim radykałem, ale jak u diabła można ożenić Kołakowskiego, Pilcha i Camusa ze zbiorem opowiadań science-fiction. To trochę uwłaczające. Na innej wieży „Spalony” Andrzeja Iwana zsuwał się powoli z „Młota na czarownicę”. Jeszcze tydzień, dwa i pociągnąłby za sobą „Vade-mecum” Norwida i cały stos z Vonnegutem, Łysiakiem, Wańkowiczem i Janem Chryzostomem Paskiem. Wszystko runęłoby z hukiem i przygwoździło Llose, Manna i Hessego, a stamtąd prosto w wielką poduszkę ze zużytych notatek. Zużyte notatki, jak inne zużyte produkty, powinno się wyrzucać – bo na co one komu? Ale przyznam się wstydliwie, że mam z tym lekki problem. Jestem odrobinę sentymentalny. Wiem, że nie wezmę się za wertowanie dawnych zapisków, ale kolekcjonuję je uparcie i składuje w szufladach i kartonach. Najczęściej jednak walają się bezwstydnie po ziemi i urastają do monstrualnych rozmiarów.

środa, 26 września 2012

Słodka inicjacja.





Kiedy czasami targa mną bezsenność nie mam pojęcia co ze sobą zrobić. Wiercę się uparcie, nakrywam kocem i wynurzam na powrót. Zabieram się za czytanie, wertowanie, kreślenie, pisanie, picie, palenie, kopcenie, spalanie, wyrokowanie, osądzanie i tak już ostatecznie nastrojony zasypiam na godzinę przed dzwonkiem budzika. Nie żebym cierpiał na nią jakoś chronicznie. Należę raczej do szczęśliwych dzieci błogiej nieświadomości. Przykładowo nie stresuje mnie światowy kryzys gospodarczy – dawno już obiecałem sobie nie zadręczać się tym tematem. Z charakteru jestem raczej pedantycznym perfekcjonistą. Uparcie i chorobliwe staram się zrozumieć pełną złożoność tematu i zamiast prześlizgiwać się po powierzchni zagadnień, umyślnie skaczę po kruchym lodzie. Cóż… każdy ma swoje dolegliwości.

niedziela, 9 września 2012

Pocztówka z wakacji.





Ostatnio zauważyłem taki trend, może wcale nienowy, do opisywania wyjazdów wakacyjnych. Komórki mają coraz lepsze aparaty i więcej programów, w których w kilka sekund zwyczajne zdjęcie przerobimy na coś wyjątkowego. Tutaj włączymy taki efekt, pobawimy się odrobinę jasnością, wszystko wrzucimy w ramkę i voilà! Z przeciętnej kliszy nagle tworzy się fotograficzna perełka. Wspaniałe zdjęcie z wycieczki do Chorwacji, Włoch, Hiszpanii, Bóg wie gdzie jeszcze. Machniemy raz, dwa: „takie tam z wakacji”, okrasimy „gorącymi buziaczkami” i już gotowe. Dzielimy się z resztą na społeczniościowym.

sobota, 8 września 2012

„Ave, Caesar, morituri te salutant”





O wrześniowych majakach, czyli o kampanji w krzywym zwierciadle.


Kiedy otrząsnąłem się dzisiaj koło siedemnastej z transu postanowiłem zrobić krótką przerwę. Wszyscy doskonale znamy to uczucie oderwania od rzeczywistości kiedy po całodziennej sesji podnosimy nos znad książek. Wyginamy głowę na wszystkie strony, przeciągamy się powoli, a pogruchotane kości pojękują głucho.

środa, 5 września 2012

Wskaźnik natężenia absurdu.





Po całym dniu przygód i zmagań z codziennością wracam do domu zmęczony jak niewolnik na galerze, osuwam się na kanapę i włączam wiadomości. Wiem, że dookoła życie wybija szalony rytm i dudni nieprzerwanie. Chcę być na bieżąco. Rzucam pilot na fotel obok, biorę opakowanie słonych paluszków i zaczynam oglądać. Czuję jakiś irracjonalny obowiązek trzymania ręki na pulsie, śledzenia polskiej rzeczywistości i wydarzeń z życia politycznego.

poniedziałek, 3 września 2012

Freskowej farsy retrospekcja.





Chociaż już zajmowałem się tematem Cecilli Jimenez i freskowej farsy w Hiszpanii czuję potrzebę powrotu do tego fenomenalnego zjawiska. Pisałem już o wyrządzonej szkodzie, pisałem o chorym pomyśle pozostawienia portretu „małpy w niedopasowanej tunice” dla potomnych, o całym szumie medialnym i stanie zdrowia absolwentki wyimaginowanego ASP w Borja.

piątek, 31 sierpnia 2012

„Pomiędzy prawdą, a Bogiem – pomiędzy wódką, a zakąską”





W zeszłym tygodniu kiedy późnym wieczorem wracałem spacerem z centrum na skrzyżowaniu ulicy św. Tomasza i św. Krzyża mój wzrok przykuł gruby zeszyt w okładce imitującej starą książkę. Zatrzymałem się zaciekawiony i rozglądnąłem dookoła. Ulice były puste. Podniosłem zaintrygowany i odkryłem, że jest zapisany od deski do deski odręcznym pismem. Prawdopodobnie piórem, ponieważ deszcz mocno rozmył zawartość. W drodze do domu szukałem jakiegoś podpisu, inicjałów, pseudonimu – nic nie znalazłem. Niestety wiele stron jest nie do odzyskania. Dzisiaj rano wybrałem jeden „wpis”, który przy dużej cierpliwości udało się odczytać. Na koniec uznałem, że wstawię go na „Warte świeczki”

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Akademia Sztuk Pięknych w Borja – wydział konserwacji zabytków.





Popularność! Dzisiaj nietrudno o swoje pięć minut. Sposobów na ich zdobycie jest mnóstwo. Można przykładowo iść do programu „Mam talent”, wbiec z przyjaciółmi na scenę i przez pięć minut okładać się czym popadnie w jakimś mistycznym transie. Można zaczesać włosy na włoskiego mafiosa i popisywać się umiejętnościami rapowania, biegłym francuskim i nietuzinkowymi skojarzeniami. Można wreszcie zakasać rękawy i w dobrej wierze wziąć się za odrestaurowanie ponad 100-letniego fresku w hiszpańskiej kaplicy. Wyniki takich przedsięwzięć w błyskawicznym tempie obiegają świat, podniesione w aprobacie kciuki dają poczucie satysfakcji, a ilość naśladowców tworzących tzw. „memy” zalewa Internet z siłą tsunami. Krótko mówiąc, każdego dnia pojawiają się kolejne przykłady, które jasno dowodzą, że nie liczą się umiejętności – wystarczą dobre intencje!

sobota, 25 sierpnia 2012

Zakochani w Krakowie.





Na scenie stoi niewysoki chłopak w wieku dwudziestu kilku lat. Stoi naprzeciwko mikrofonu i wzrokiem ogarnia zebraną publikę. Kiedy powitalna owacja przygasa, rozgląda się zdenerwowany i poprawia duże okulary. Cierpi na ewidentny syndrom ciasnego kołnierzyka. Wreszcie niepewnym głosem zaczyna mówić, oddech zdradza jego stres, ale mimo wszystko, publiczność co dwa, trzy zdania wybucha śmiechem.

piątek, 24 sierpnia 2012

Nowojorski Kopciuszek.





Bajka podobna, chociaż różnic co niemiara. Przede wszystkim głównym bohaterem nowojorskiego Kopciuszka jest chłopak w wieku dwudziestu jeden lat. Młody, krępy, z szerokim uśmiechem na twarzy. Zupełne przeciwieństwo drobnej, kruchej piękności o subtelnych rysach i mglistych oczach. Po drugie nasz bohater bez pomocy czarów przenika przez niewidzialne mury klas społecznych i na jeden wieczór przeistacza się w celebrytę, wokół którego gromadzą się tłumy fanów. Nie szuka księżniczki, ale spacerując po Times Square ze swoją świtą pozwala się fotografować w objęciach nastolatek. Na koniec sam decyduje kiedy czar ma prysnąć. Wtapia się w tłum i spokojnym krokiem schodzi po schodach do metra nie gubiąc pantofelka.

środa, 22 sierpnia 2012

Internetowy lincz.





W poniedziałek 20 sierpnia na profilu młodej dziewczyny pojawiło się zdjęcie z kamery przemysłowej przedstawiające chłopaka przemierzającego zakamarki budynku wyglądającego na halę galerii handlowej. Podpis pod zdjęciem brzmi: „Rozpoczynam akcje "ZŁAPAĆ ZŁODZIEJA" gość widoczny na zdjęciu ukradł mi rower. opublikujcie to na swojej tablicy może ktoś rozpozna gnoja.” (pisownia niezmieniona). W przeciągu zaledwie trzech dni ponad osiem tysięcy ludzi udostępniło to zdjęcie na swoich profilach i liczba ta rośnie w zastraszającym tempie. Udostępniając zdjęcie powielali hasło nakłaniające do poszukiwania złodzieja, często dodając kilka niecenzuralnych wyrażeń od siebie. Ze zdjęcia nie wynika jednak w żaden sposób, że osoba sfotografowana popełniła jakiekolwiek przestępstwo. Ot, zdjęcie spacerującego chłopaka w niebieskich dżinsach, bluzie Nike i plecaku przewieszonym przez lewe ramię.

Kiedy dzisiaj rano na profilu kilku moich znajomych trafiłem na omawianą fotografię moim pierwszym odruchem było: „Dobrze, niech złapią gnojka”. Sam posiadam rower, który jest moim głównym środkiem transportu po mieście. Poza tym jestem do niego przywiązany emocjonalnie. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, że ktoś mógłby mi go ukraść. Jednak po chwili zacząłem się zastanawiać: „Skąd właściwie mamy wiedzieć, że ten nieszczęsny gość ukradł rower?” Jak już wcześniej wspomniałem, zdjęcie niczego nie dowodzi, więc automatycznie łamiemy zasadę domniemania niewinności. Wszedłem na profil dziewczyny, która rozpoczęła tego wirusa. Zakładałem, że jeżeli jest studentką psychologii, bądź innego pokrewnego szarlataństwa to całe wirtualne wydarzenie może okazać się zaplanowaną akcją mającą ukazać jak łatwo dokonać na kimś anonimowym brutalnego linczu na łamach portalu społecznościowego. Sprawczyni całego poruszenia studiowała „Administrację biznesową” – co nadal nie wyklucza eksperymentu psychologicznego. Może sprawa byłaby zbyt prosta do wytłumaczenia, gdyby w ogólnodostępnych danych osobistych czarno na białym moglibyśmy przeczytać, że studiowała np. socjologię.

Tak, czy owak – internetowa maszyna ruszyła. Wraz z lawinowym udostępnianiem zdjęcia powinniśmy, moim zdaniem, zastanowić się nad odpowiedzialnością płynącą z użytkowania portali typu Facebook i YouTube.

Z jednej strony niezaprzeczalną zaletą tych witryn jest bezprecedensowe umożliwienie każdemu użytkownikowi dostępu do masy informacji. To dzięki tym witrynom arabskie rewolucje mogły mobilizować ludzi przeciwko tyranom, a aktywiści całego świata byli w stanie zjednoczyć się w walce przeciwko afrykańskiemu zbrodniarzowi wojennemu (chociaż  operacji KONY2012 na ostatnim etapie nie udało się przejść ze świata wirtualnego do rzeczywistości nie możemy niedoceniać pracy, którą wykonała). Przykładów na wirtualne sukcesy aktywistów inspirujące późniejsze działania jest wiele.

Jednak pojawia się tutaj również druga strona medalu, a właściwie ciemna strona księżyca. Nieodpowiedzialne kształtowanie ogólnodostępnego środka masowego przekazu może mieć tragiczne konsekwencje: od całkowitej utraty autorytetu (przypadek dzielnicowego Janusza Ławrynowicza sportretowanego na „memach” jako „Pan Andrzej”), przez narażenie na falę niespotykanej agresji internetowej (przykład reżyserowanej prowokacji z Grażyną Żarko, „katolickim głosem w Internecie”), aż po samobójstwo nastolatki z powodu groźby upublicznienia intymnego filmu nagranego komórką.
Sytuacja z domniemanym złodziejem roweru nie jest identyczna z wcześniej wymienionymi, ale wpisuje się w pewne złe trendy internetowe. Otóż nie mając pojęcia, czy młody chłopak faktycznie ukradł rower, ponad osiem tysięcy ludzi publikuje zdjęcie z oskarżeniem i nakręca spiralę nienawiści. Rozumiem żal byłej właścicielki jednośladu, jednak jestem przekonany, że powinna zadziałać w inny sposób. Nie odsyłam tylko i wyłącznie do organów śledczych, ponieważ wszyscy wiemy jaka jest szansa odnalezienia zguby, kiedy polegamy jedynie na nich, ale zanim zaangażuję się w taką sprawę chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej. O samej poszkodowanej wiem jedynie, że studiowała w Warszawie więc mogę zakładać, że to właśnie tam dokonała się kradzież. Wygląda na to, że poszukiwania roweru zostały jednak zakrojone na skalę ogólnopolską, ponieważ ludzie z najróżniejszych miast poczuli się zobowiązani do uczestnictwa.

Osobiście mam jeszcze cień nadziei, że obecna akcja internetowa jest wyreżyserowanym spektaklem, który ma nam uzmysłowić jak łatwo jest wydać wyrok wobec osoby, którą widzimy pierwszy raz w życiu – na dodatek na ekranie monitora. Akcja, która ma sprawić, abyśmy przypomnieli sobie wszystkie nauki na temat psychologii tłumu i zastanowili zanim przystąpimy do bezmyślnego linczu – uzbrojeni w myszki i klawiatury zamiast w widły i pochodnie będziemy przemierzać wirtualną rzeczywistość wykrzykując szykany. Jeżeli nie – nadal nie jest za późno aby wyciągnąć z niej lekcję.

Dżafar Mezher.