Śnieg
spadł w tym roku wcześnie i niespodziewanie, z dnia na dzień zapachniało zimą.
Liście jeszcze nie zdążyły opaść z drzew, a gałęzie okryły już zaspy czyhające
na nieświadomych przechodniów. Najczęściej zawadiaków zaklinających zimę
zawziętym sprzeciwem, rozchełstanych, bez czapek. Tych powściągliwych też nie oszczędziła
specjalnie, liberté, égalité, fraternité. Już
pierwszego dnia widziałem poślizgi na trotuarze i siatki z jedzeniem latające
nad głowami. Zduszone okrzyki protestu czystą polszczyzną, polskie bogactwo
leksykalne. Kość ogonowa, anatomiczny atawizm w organizmie ludzkim przypomina o
sobie za każdym razem, kiedy zuchwale nie słuchamy swoich instynktów. Tak, podbiegnę
do tego tramwaju! Tak, mam podzielną uwagę! Tak, potrafię chodzić po lodzie!
Tak, i tak dalej. Wśród lamentów i pogruchotanych kości śnieg prószył dalej.
środa, 31 października 2012
sobota, 29 września 2012
Autorski galimatias.
Z jaką pieczołowitością zadbałem wczoraj o swój księgozbiór!
Po
przebudzeniu opanował mnie niepokój. Może to halny rozpanoszył się po
krakowskich osiedlach i popychając co bardziej umęczone dusze do samobójstwa
mnie w stronę morderczej misji skierował? Może odpływ spiętrzonej adrenaliny
zaczął dawać się we znaki i pobudził do znalezienia sobie zajęcia na kolejne
tygodnie? Stanąłem przed domową biblioteką, przejechałem palcem po półkach i
zebrałem grubą warstwę kurzu – to sygnał, że najwyższa pora na gruntowne
porządki. Na regałach od dłuższego czasu panował mocny rozgardiasz. Przemieszanie
z poplątaniem. Nie jestem wielkim radykałem, ale jak u diabła można ożenić Kołakowskiego,
Pilcha i Camusa ze zbiorem opowiadań science-fiction. To trochę uwłaczające. Na
innej wieży „Spalony” Andrzeja Iwana zsuwał się powoli z „Młota na czarownicę”.
Jeszcze tydzień, dwa i pociągnąłby za sobą „Vade-mecum” Norwida i cały stos z
Vonnegutem, Łysiakiem, Wańkowiczem i Janem Chryzostomem Paskiem. Wszystko
runęłoby z hukiem i przygwoździło Llose, Manna i Hessego, a stamtąd prosto w
wielką poduszkę ze zużytych notatek. Zużyte notatki, jak inne zużyte produkty,
powinno się wyrzucać – bo na co one komu? Ale przyznam się wstydliwie, że mam z
tym lekki problem. Jestem odrobinę sentymentalny. Wiem, że nie wezmę się za
wertowanie dawnych zapisków, ale kolekcjonuję je uparcie i składuje w szufladach
i kartonach. Najczęściej jednak walają się bezwstydnie po ziemi i urastają do
monstrualnych rozmiarów.
środa, 26 września 2012
Słodka inicjacja.
Kiedy
czasami targa mną bezsenność nie mam pojęcia co ze sobą zrobić. Wiercę się
uparcie, nakrywam kocem i wynurzam na powrót. Zabieram się za czytanie,
wertowanie, kreślenie, pisanie, picie, palenie, kopcenie, spalanie,
wyrokowanie, osądzanie i tak już ostatecznie nastrojony zasypiam na godzinę
przed dzwonkiem budzika. Nie żebym cierpiał na nią jakoś chronicznie. Należę
raczej do szczęśliwych dzieci błogiej nieświadomości. Przykładowo nie stresuje
mnie światowy kryzys gospodarczy – dawno już obiecałem sobie nie zadręczać się
tym tematem. Z charakteru jestem raczej pedantycznym perfekcjonistą. Uparcie i
chorobliwe staram się zrozumieć pełną złożoność tematu i zamiast prześlizgiwać
się po powierzchni zagadnień, umyślnie skaczę po kruchym lodzie. Cóż… każdy ma
swoje dolegliwości.
niedziela, 9 września 2012
Pocztówka z wakacji.
Ostatnio
zauważyłem taki trend, może wcale nienowy, do opisywania wyjazdów wakacyjnych.
Komórki mają coraz lepsze aparaty i więcej programów, w których w kilka sekund
zwyczajne zdjęcie przerobimy na coś wyjątkowego. Tutaj włączymy taki efekt,
pobawimy się odrobinę jasnością, wszystko wrzucimy w ramkę i voilà! Z
przeciętnej kliszy nagle tworzy się fotograficzna perełka. Wspaniałe zdjęcie z wycieczki
do Chorwacji, Włoch, Hiszpanii, Bóg wie gdzie jeszcze. Machniemy raz, dwa: „takie
tam z wakacji”, okrasimy „gorącymi buziaczkami” i już gotowe. Dzielimy się z
resztą na społeczniościowym.
sobota, 8 września 2012
„Ave, Caesar, morituri te salutant”
O wrześniowych majakach,
czyli o kampanji w krzywym zwierciadle.
Kiedy
otrząsnąłem się dzisiaj koło siedemnastej z transu postanowiłem zrobić krótką
przerwę. Wszyscy doskonale znamy to uczucie oderwania od rzeczywistości kiedy
po całodziennej sesji podnosimy nos znad książek. Wyginamy głowę na wszystkie
strony, przeciągamy się powoli, a pogruchotane kości pojękują głucho.
środa, 5 września 2012
Wskaźnik natężenia absurdu.
Po
całym dniu przygód i zmagań z codziennością wracam do domu zmęczony jak
niewolnik na galerze, osuwam się na kanapę i włączam wiadomości. Wiem, że
dookoła życie wybija szalony rytm i dudni nieprzerwanie. Chcę być na bieżąco.
Rzucam pilot na fotel obok, biorę opakowanie słonych paluszków i zaczynam
oglądać. Czuję jakiś irracjonalny obowiązek trzymania ręki na pulsie, śledzenia
polskiej rzeczywistości i wydarzeń z życia politycznego.
poniedziałek, 3 września 2012
Freskowej farsy retrospekcja.
Chociaż
już zajmowałem się tematem Cecilli Jimenez i freskowej farsy w Hiszpanii czuję
potrzebę powrotu do tego fenomenalnego zjawiska. Pisałem już o wyrządzonej
szkodzie, pisałem o chorym pomyśle pozostawienia portretu „małpy w
niedopasowanej tunice” dla potomnych, o całym szumie medialnym i stanie zdrowia
absolwentki wyimaginowanego ASP w Borja.
piątek, 31 sierpnia 2012
„Pomiędzy prawdą, a Bogiem – pomiędzy wódką, a zakąską”
W
zeszłym tygodniu kiedy późnym wieczorem wracałem spacerem z centrum na
skrzyżowaniu ulicy św. Tomasza i św. Krzyża mój wzrok przykuł gruby zeszyt w
okładce imitującej starą książkę. Zatrzymałem się zaciekawiony i rozglądnąłem dookoła.
Ulice były puste. Podniosłem zaintrygowany i odkryłem, że jest zapisany od deski
do deski odręcznym pismem. Prawdopodobnie piórem, ponieważ deszcz mocno rozmył
zawartość. W drodze do domu szukałem jakiegoś podpisu, inicjałów, pseudonimu –
nic nie znalazłem. Niestety wiele stron jest nie do odzyskania. Dzisiaj rano
wybrałem jeden „wpis”, który przy dużej cierpliwości udało się odczytać. Na
koniec uznałem, że wstawię go na „Warte świeczki”
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Akademia Sztuk Pięknych w Borja – wydział konserwacji zabytków.
Popularność!
Dzisiaj nietrudno o swoje pięć minut. Sposobów na ich zdobycie jest mnóstwo.
Można przykładowo iść do programu „Mam talent”, wbiec z przyjaciółmi na scenę i
przez pięć minut okładać się czym popadnie w jakimś mistycznym transie. Można
zaczesać włosy na włoskiego mafiosa i popisywać się umiejętnościami rapowania,
biegłym francuskim i nietuzinkowymi skojarzeniami. Można wreszcie zakasać
rękawy i w dobrej wierze wziąć się za odrestaurowanie ponad 100-letniego fresku
w hiszpańskiej kaplicy. Wyniki takich przedsięwzięć w błyskawicznym tempie
obiegają świat, podniesione w aprobacie kciuki dają poczucie satysfakcji, a
ilość naśladowców tworzących tzw. „memy” zalewa Internet z siłą tsunami. Krótko
mówiąc, każdego dnia pojawiają się kolejne przykłady, które jasno dowodzą, że
nie liczą się umiejętności – wystarczą dobre intencje!
sobota, 25 sierpnia 2012
Zakochani w Krakowie.
Na
scenie stoi niewysoki chłopak w wieku dwudziestu kilku lat. Stoi naprzeciwko
mikrofonu i wzrokiem ogarnia zebraną publikę. Kiedy powitalna owacja przygasa,
rozgląda się zdenerwowany i poprawia duże okulary. Cierpi na ewidentny syndrom
ciasnego kołnierzyka. Wreszcie niepewnym głosem zaczyna mówić, oddech zdradza
jego stres, ale mimo wszystko, publiczność co dwa, trzy zdania wybucha
śmiechem.
piątek, 24 sierpnia 2012
Nowojorski Kopciuszek.
Bajka
podobna, chociaż różnic co niemiara. Przede wszystkim głównym bohaterem
nowojorskiego Kopciuszka jest chłopak w wieku dwudziestu jeden lat. Młody,
krępy, z szerokim uśmiechem na twarzy. Zupełne przeciwieństwo drobnej, kruchej
piękności o subtelnych rysach i mglistych oczach. Po drugie nasz bohater bez
pomocy czarów przenika przez niewidzialne mury klas społecznych i na jeden
wieczór przeistacza się w celebrytę, wokół którego gromadzą się tłumy fanów.
Nie szuka księżniczki, ale spacerując po Times Square ze swoją świtą pozwala
się fotografować w objęciach nastolatek. Na koniec sam decyduje kiedy czar ma
prysnąć. Wtapia się w tłum i spokojnym krokiem schodzi po schodach do metra nie
gubiąc pantofelka.
środa, 22 sierpnia 2012
Internetowy lincz.
W poniedziałek 20 sierpnia na profilu młodej dziewczyny pojawiło się zdjęcie z
kamery przemysłowej przedstawiające chłopaka przemierzającego zakamarki budynku
wyglądającego na halę galerii handlowej. Podpis pod zdjęciem brzmi: „Rozpoczynam
akcje "ZŁAPAĆ ZŁODZIEJA" gość widoczny na zdjęciu ukradł mi rower.
opublikujcie to na swojej tablicy może ktoś rozpozna gnoja.” (pisownia
niezmieniona). W przeciągu zaledwie trzech dni ponad osiem tysięcy ludzi
udostępniło to zdjęcie na swoich profilach i liczba ta rośnie w zastraszającym
tempie. Udostępniając zdjęcie powielali hasło nakłaniające do poszukiwania
złodzieja, często dodając kilka niecenzuralnych wyrażeń od siebie. Ze zdjęcia
nie wynika jednak w żaden sposób, że osoba sfotografowana popełniła
jakiekolwiek przestępstwo. Ot, zdjęcie spacerującego chłopaka w niebieskich
dżinsach, bluzie Nike i plecaku przewieszonym przez lewe ramię.
Kiedy
dzisiaj rano na profilu kilku moich znajomych trafiłem na omawianą fotografię
moim pierwszym odruchem było: „Dobrze, niech złapią gnojka”. Sam posiadam
rower, który jest moim głównym środkiem transportu po mieście. Poza tym jestem
do niego przywiązany emocjonalnie. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, że ktoś
mógłby mi go ukraść. Jednak po chwili zacząłem się zastanawiać: „Skąd właściwie
mamy wiedzieć, że ten nieszczęsny gość ukradł rower?” Jak już wcześniej
wspomniałem, zdjęcie niczego nie dowodzi, więc automatycznie łamiemy zasadę
domniemania niewinności. Wszedłem na profil dziewczyny, która rozpoczęła tego
wirusa. Zakładałem, że jeżeli jest studentką psychologii, bądź innego
pokrewnego szarlataństwa to całe wirtualne wydarzenie może okazać się
zaplanowaną akcją mającą ukazać jak łatwo dokonać na kimś anonimowym brutalnego
linczu na łamach portalu społecznościowego. Sprawczyni całego poruszenia
studiowała „Administrację biznesową” – co nadal nie wyklucza eksperymentu
psychologicznego. Może sprawa byłaby zbyt prosta do wytłumaczenia, gdyby w
ogólnodostępnych danych osobistych czarno na białym moglibyśmy przeczytać, że
studiowała np. socjologię.
Tak, czy owak – internetowa maszyna ruszyła. Wraz z lawinowym udostępnianiem zdjęcia powinniśmy, moim zdaniem, zastanowić się nad odpowiedzialnością płynącą z użytkowania portali typu Facebook i YouTube.
Tak, czy owak – internetowa maszyna ruszyła. Wraz z lawinowym udostępnianiem zdjęcia powinniśmy, moim zdaniem, zastanowić się nad odpowiedzialnością płynącą z użytkowania portali typu Facebook i YouTube.
Z
jednej strony niezaprzeczalną zaletą tych witryn jest bezprecedensowe
umożliwienie każdemu użytkownikowi dostępu do masy informacji. To dzięki tym
witrynom arabskie rewolucje mogły mobilizować ludzi przeciwko tyranom, a
aktywiści całego świata byli w stanie zjednoczyć się w walce przeciwko
afrykańskiemu zbrodniarzowi wojennemu (chociaż
operacji KONY2012 na ostatnim etapie nie udało się przejść ze świata
wirtualnego do rzeczywistości nie możemy niedoceniać pracy, którą wykonała). Przykładów
na wirtualne sukcesy aktywistów inspirujące późniejsze działania jest wiele.
Jednak pojawia się tutaj również druga strona medalu, a właściwie ciemna strona księżyca. Nieodpowiedzialne kształtowanie ogólnodostępnego środka masowego przekazu może mieć tragiczne konsekwencje: od całkowitej utraty autorytetu (przypadek dzielnicowego Janusza Ławrynowicza sportretowanego na „memach” jako „Pan Andrzej”), przez narażenie na falę niespotykanej agresji internetowej (przykład reżyserowanej prowokacji z Grażyną Żarko, „katolickim głosem w Internecie”), aż po samobójstwo nastolatki z powodu groźby upublicznienia intymnego filmu nagranego komórką.
Jednak pojawia się tutaj również druga strona medalu, a właściwie ciemna strona księżyca. Nieodpowiedzialne kształtowanie ogólnodostępnego środka masowego przekazu może mieć tragiczne konsekwencje: od całkowitej utraty autorytetu (przypadek dzielnicowego Janusza Ławrynowicza sportretowanego na „memach” jako „Pan Andrzej”), przez narażenie na falę niespotykanej agresji internetowej (przykład reżyserowanej prowokacji z Grażyną Żarko, „katolickim głosem w Internecie”), aż po samobójstwo nastolatki z powodu groźby upublicznienia intymnego filmu nagranego komórką.
Sytuacja
z domniemanym złodziejem roweru nie jest identyczna z wcześniej wymienionymi,
ale wpisuje się w pewne złe trendy internetowe. Otóż nie mając pojęcia, czy
młody chłopak faktycznie ukradł rower, ponad osiem tysięcy ludzi publikuje
zdjęcie z oskarżeniem i nakręca spiralę nienawiści. Rozumiem żal byłej
właścicielki jednośladu, jednak jestem przekonany, że powinna zadziałać w inny
sposób. Nie odsyłam tylko i wyłącznie do organów śledczych, ponieważ wszyscy
wiemy jaka jest szansa odnalezienia zguby, kiedy polegamy jedynie na nich, ale
zanim zaangażuję się w taką sprawę chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej. O
samej poszkodowanej wiem jedynie, że studiowała w Warszawie więc mogę zakładać,
że to właśnie tam dokonała się kradzież. Wygląda na to, że poszukiwania roweru
zostały jednak zakrojone na skalę ogólnopolską, ponieważ ludzie z
najróżniejszych miast poczuli się zobowiązani do uczestnictwa.
Osobiście
mam jeszcze cień nadziei, że obecna akcja internetowa jest wyreżyserowanym
spektaklem, który ma nam uzmysłowić jak łatwo jest wydać wyrok wobec osoby,
którą widzimy pierwszy raz w życiu – na dodatek na ekranie monitora.
Akcja, która ma sprawić, abyśmy przypomnieli sobie wszystkie nauki na temat
psychologii tłumu i zastanowili zanim przystąpimy do bezmyślnego linczu – uzbrojeni
w myszki i klawiatury zamiast w widły i pochodnie będziemy przemierzać
wirtualną rzeczywistość wykrzykując szykany. Jeżeli nie – nadal nie jest za
późno aby wyciągnąć z niej lekcję.
Dżafar Mezher.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










